Czym jest Kintsugi?

Co warto skleić, a co warto wyrzucić?

Czy Kintsugi jest trwałe?

Dlaczego do Kintsugi stosuje się złoto?

Na te pytania i na wiele innych postaram się odpowiedzieć w kilku etapach. Etapach, które są niesamowicie ważne w sztuce Kintsugi i które mogą i powinny mieć przełożenie na nasze życie. Zbity talerzyk, uszczerbiony, ulubiony kubek, stłuczony wazon to tylko rzeczy, które bardzo łatwo zastąpić jest nowymi. Po co naprawiać, skoro można kupić, nowy, fajniejszy, bardziej modny produkt.

Ja należę do osób, które nie lubią wymieniać niczego, nie sprawdzając czy mogę to naprawić. Jestem osobą, która lubi rzeczy wartościowe i nie mam tu na myśli ich ceny, ale to jak bardzo są ważne dla mnie. Zawsze staram się coś naprawić, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się to niemożliwe. Zawsze można coś naprawić. Zawsze! Czasem tylko trzeba się do tego odpowiednio przygotować. Zapraszam Was na etap pierwszy naprawy.

#1  OCZYSZCZANIE

 

Na przygodę z Kintsugi czekałam długo, szukając nauczyciela. Po linie do kłębka trafiłam na właściwą osobę. W czasie mojego gap year w Stanach szukałam wielu rzeczy, które uspokoją moje myśli, pozwolą mi odpocząć i znaleźć właściwą drogę, która będzie prawdziwa, najprawdziwsza, moja. 

Już pod koniec pobytu trafiłam na książkę Joanny Bator “Purezento”, reklamującą się jako  “powieść w stylu zen”. Szukając własnego zen na licznych lekcjach jogi wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Wróciłam do Polski i na biblioteczce u mojej siostry znalazłam piękną, całą czarną ze złotymi liniami książkę. Wtedy jeszcze zupełnie nie rozumiałam co owe linie oznaczają. Powieść przeczytałam w dwa wieczory i gdy zamknęłam twardą okładkę wiedziałam, że muszę poznać sztukę Kintsugi. 

 

Czym jest Kintsugi?

Kintsugi to japońska sztuka naprawiania porcelany i ceramiki za pomocą laki – naturalnej żywicy drzewnej. Pęknięte naczynia oczyszcza się, nakłada klej wykonany na bazie naturalnej laki. Wykończenie połączeń dekoruje się drobinkami złota lub innego szlachetnego kruszcu. Naczynie naprawione tą metodą zyskuje na wartości. 

 

Poniedziałek, dobiega godz. 18:00, na zewnątrz panuje już mrok. Muszę co jakiś czas przecierać okulary, bo lekka mżawka skutecznie ogranicza moją widoczność. Moje podekscytowanie przed nowym wyzwaniem tuszuje jednak wszelkie niedogodnosci atmosferyczne. Tego wieczora rozpoczynam przygodę z Kintsugi.  

Kiedy wchodzę do sali wszyscy już są, a nasza nauczycielka przygląda się przyniesionym przez uczniów zniszczonym naczyniom. Widzę porcelanowe, piękne talerze, ręcznie wypalane lejki do kawy, cudownie zdobione talerze, których autorki poznam tego wieczora. Patrzę na te porozbijane piękności otoczona artystami, osobami, które potrafią stworzyć coś swojego i wychodzi im to doskonale. Kilkoro z nich poznacie już niedługo : )

“Co przyniosłaś Diano?” – słyszę delikatny głos Joanny, naszej przewodniczki po jeszcze tak obcej mi sztuce Kintsugi.

Czy wypada mi odpowiedzieć, że to ja wymagam sklejenia, to ja jestem rozbitkiem, który tak bardzo pragnie poczuć się znów całością?! “Niestety nic nie przyniosłam, nic mi się nie rozbiło” – odpowiadam, chcąc z całych sił krzyknąć – nieprawda, życie mi się rozbiło, to ja się rozbiłam!!! 

Joanna uśmiecha się łagodnie wręczając mi trzy części czegoś, na czym mam nauczyć się sztuki Kintsugi. Oglądam każdą część wyobrażając sobie co to jest, do czego służy i przede wszystkim kto tego używał. Chciałam zapytać odrazu, ale nie zdążyłam, gdyż lekcja na dobre sie już rozpoczęła. Układając moje skorupy przed sobą zamieniłam się w słuch. 

 

Pierwszy wieczór był bardzo wymagający i muszę przyznać, że nieco mnie zaskoczył. Nie przypuszczałabym, że Kintsugi wymaga tak wiele czasu, precyzji i siły, bo wykonanie właściwej konsystencji kleju wcale nie jest proste, ja musiałam wstać, aby użyć całej swojej siły nacisku. Wyszedł idealny. Regularne treningi crossfit opłaciły się ; )

Większość czasu poświęciliśmy fazowaniu, czyli oczyszczaniu pękniętych krawędzi i jest to niesamowicie ważny etap. Oczyścić to, co uległo zniszczeniu. Cierpliwie i delikatnie wygładzić brzegi, usunąć zanieczyszczenia, przygotować do ponownego połączenia. Muszę zapamiętać, pomyślałam – zanim zacznę składać własne życie, muszę je uprościć, oczyścić. Ucieszyłam się, bo proces segregacji i oczyszczania zbędnych rzeczy w moim życiu rozpoczęłam jeszcze przed wyjazdem do USA, robiąc generalne porządki. Posprzątałam rzeczy, ale co z emocjami i uczuciami? Jak się okazało, te są bardzo podstępne i kiedy myślisz, że wszystko jest w porządku wylewają się ze zdwojoną siłą i nawet nie wiadomo jak się zabrać za ich porządkowanie. To, co wcześniej nie przeszkadzało, teraz uwiera niczym kamyk w bucie powodując dyskomfort, którego nie można długo ignorować. 

Oczyszczam krawędzie moich skorup nie czując, że papier ścierny wrzyna mi się w palce kalecząc mi opuszki. “Starczy Diana, już dość” – lekko podniesionym głosem mówi Joanna. Spoglądam na skorupki wyczyszczone tak, że chyba będę musiała nadbudować krawędzie. Uspokaja mnie jednak Joasia, mówiąc, że jest naprawdę dobrze. Cieszę się, moje skorupy są prawidłowo oczyszczone.

Tego wieczora nauczę się wykonywać klej na bazie naturalnej, japońskiej laki. Bardzo powoli i mega precyzyjnie przy użyciu drewnianego, cieniutkiego patyczka nakładam na wyszlifowane krawędzie świeżo przygotowany klej. Wszystkie krawędzie muszą zostać pokryte, zanim przytknę do nich każdą z części. Nakładam cierpliwie, nie spiesząc się i ku memu zaskoczeniu wpadam w relaksujący trans. Odpoczywam! Nakładając milimetr, po milimetrze kleistą masę odczuwam uczucie błogości. Mogłabym tak trwać w tym stanie, gdyby nie fakt, iż ostatni milimetr szczelin zostaje pokryty i pozostało mi jedno – sprawienie, że moje skorupy połączą się razem tworząc hmmm chyba czarkę do kawy lub może do zielonej herbaty, tak zdecydowanie herbata bardziej pasuje do japońskiej sztuki Kintsugi.

Trzymam w rękach czarkę zlepiając krawędzie taśmą. Posłuży jako wsparcie dla delikatnej wciąż materii, która wygląda jakby w każdej chwili mogła sie znowu rozsypać. Przyklejam taśmę w kilku miejscach, dając tym samym odpowiednie wsparcie mojej czarce. Moje rysy wymagają pomocy, aby przy byle podmuchu nie rozpaść się ponownie. Nie oszczędzam zatem na taśmie : )

Czarka nie przypomina jeszcze pięknych naczyń po zastosowaniu Kinstugi. Nierówne, wystające rysy są bardzo wyraźne, chropowate. Taśmy także nie dodają jej uroku. Może nie wygląda to dobrze, ale każda rysa jest czysta, oczyszczona. Krawędzie równo przylegają w miejscach, w których pękły. Taśma im pomoże, aby dokonała się magia łączenia podczas powolnego procesu schnięcia. Zostawiam czarkę na jakis czas. Każdy ważny proces wymaga przecież czasu.

Dumna z tego, czego właśnie się nauczyłam wracam do domu, gdzie mimo późnej pory zaparzam zieloną herbatę, przenosząc się myślami do Japonii. Przykładam dłoń do serca i cicho szepczę – gotowe na ostateczną rewolucję? A więc zaczynamy oczyszczanie.

Diana

 

Część druga tutaj:  http://www.jestemwlesie.pl/napraw-to/

error: Content is protected !!